O pisaniu- kuchnia fantasy

Moi drodzy, musiałam.

Nigdy jakoś specjalnie nie ukrywałam, że lubię pisać o jedzeniu. I nie mam na myśli spisywania przepisów czy gotowania. Mam na myśli raczej rozwodzenie się nad tym czego to tam nie podano i jakie wykwintne to było. I w jakiej ilości. Wiecie, na tej samej zasadzie, na jakiej stereotypowe ałtoreczki rozwodzą się nad garderobą swojej bohaterki.

Serio, gdzieś na strychu leży manuskrypt z okresu gimnazjum, w którym przez pół strony A5 wymieniam potrawy na pirackim balu maskowym. Nie chcecie wiedzieć.

Ale faktem jest, że jedzenie jest elementem worldbuilingu. Owszem, jednym z mniejszych i nie wymagającym aż takiej uwagi jak plan wydarzeń i postacie, ale użytecznym.

Pomaga nam scharakteryzować w jakim klimacie znajduje się nasz fikcyjny kraj.

Do jakich zasobów jest dostęp?

Na uprawę jakich roślin kładzie się nacisk, a przez to, co jest jednym z towarów eksportowych, a co importowych?

Czy nasz fikcyjny kraj ma monopol na produkcję jakiś towarów pochodzenia roślinnego, lub zwierzęcego?

No i to całkiem fajna zabawa. Nawet jeśli ostatecznie wasze opowiadanie nie będzie zawierało aż tak wielu informacji na temat diety waszych bohaterów, to zawsze pomaga w momencie tak zwanej blokady twórczej.

Jeśli macie problemy z waszą historią, ale nie chcecie robić sobie całkowitej przerwy od procesu twórczego, popiszcie… no, technicznie cokolwiek powiązanego z waszym światem. Aczkolwiek ostrzegam, że to nie jest rozwiązanie na wszystko. Czasem jedyne co możecie zrobić w obliczu blokady twórczej to kopnięcie samego siebie w tyłek i wzięcie się do roboty. Pamiętajcie, to nie tak, że inni pisarze są absolutnie przegenialni (niezależnie od tego jak duże są wasze kompleksy) i do druku trafiają tylko i wyłącznie pierwsze i jedyne wersje ich tekstów. Gdyby tak było, sam zawód redaktora byłby kompletnie niepotrzebny.

Ale wracając do tematu. Choć wasze pierwsze skojarzenie z hasłami „jedzenie” i „fantasy” to prawdopodobnie coś w stylu „gulasz ze smoczych wątróbek”, to jednak kuchnia w waszym fikcyjnym świecie niekoniecznie musi opierać się na całkowicie fikcyjnych towarach. Oczywiście, możecie zrobić coś takiego, ale dajcie mi cynk jak właściwie planujecie wytłumaczyć pojawienie się takiego towaru jak wątroba smoka na rynku, poza dość oczywistym kantem polegającym na sprzedaży wątroby jakiegoś innego dużego zwierzęcia, bądź tak poprowadzonej hodowli smoków, że skończyłyby jako trzoda hodowana na mięso. Chwila… Jak właściwie Prattchet to wytłumaczył?

Do diabła [wrzuca złotówkę do karnego słoja]

Zerknijcie do klasyków gatunku takich jak książki Tolkiena lub cykl „Pieśni Lodu i Ognia”. Albo, jeśli bardzo Wam się nie chce, wejdzcie na blogi „Feast of Starlight” i „Inn at Crossroad” i po prostu sprawdzcie przepisy otagowane jako „Game of Thrones” lub „Lord of the Rings”. Te potrawy pojawiły się i w książkach i filmach, i większość z nich można przyrządzić w naszej kuchni. Może poza plackiem mięsnym z gołębiami. Tak, w „Władcy Pierścieni” pojawiają się takie rzeczy jak Woda Entów, lub Lembasy, ale to tylko dwie pozycje i jestem prawie pewna, że wodę Entów kojarzą tylko ci, którzy, no wiecie, przeczytali książkę lub widzieli rozszerzoną wersję reżyserską „Dwóch Wież”.

Ba, nawet w Wiedźminie, tak, w naszym Wiedźminie jest opowiadanie, w którym Geralt siedzi z niejakim Borchem Trzy Kawki w gospodzie i przy okazji ich rozmowy dowiadujemy się co zamówili na kolację. Takie rzeczy jak pikantny ser czy marynowana papryka można z łatwością kupić w sklepie.

Ale jest coś o czym powinniście pamiętać. Środowisko determinuje nie tylko takie duperele jak rodzaj ubrania czy czasem nawet wygląd bohaterów (raczej mało prawdopodbne, żeby ludzie od wielu pokoleń mieszkający w regionie gdzie przez większość roku jest zima mieli naturalnie ciemną skórę, chyba że w tak zwanym międzyczasie nastąpiła jakaś większa migracja) i tu powraca temat, który wspomniałam na początku- „Do jakich zasobów to państwo ma dostęp?”. Jeśli wasz fikcyjny świat ma możliwość szybkiego transportu towarów, to pojawienie się na terenach strefy umiarkowanej żywności, którą można wyprodukować tylko i wyłącznie w strefie tropikalnej razi mniej, wystarczy o tym wspomnieć. Ale jeśli o tym nie wspomnicie, ryzykujecie raczej nieoczekiwaną reakcję czytelników. W najlepszym przypadku będzie to uniesiona brew. Ale nawet mimo to, raczej mało prawdopodobne, żeby narodowym daniem kraju położonego daleko na północy były krewetki z sosem na bazie oleju kokosowego lub owoce leśne ze śmietaną, NOŻ DO DIABŁA! WEŹCIE TO NA LOGIKĘ, WIĘKSZOŚĆ OWOCÓW TEGO TYPU DOJRZEWA PÓŹNYM LATEM, NIE ZIMĄ!

Wiem, wiem. [wrzuca złotówkę do słoja]

Jest jeszcze jeden wątek, który dotyczy jedzenia w waszym fikcyjnym świecie. Jak ludzie radzą sobie z sytuacją kryzysową jak wojna lub klęska żywiołowa? Jeśli konflikt napędzający fabułę waszej historii ma być konfliktem zbrojnym, pamiętajcie, że żywność będzie na wagę złota, nie tylko dla ludności cywilnej, ale i wojska, zwłaszcza jeśli postanowicie opisać walkę o nowe tereny z perspektywy podbijającego, nie podbijanych, jak robi to większość autorów.

I miałam to opisać w tekście o militariach w fantasy, ale poruszę ten temat teraz. Mam gorącą prośbę, kiedy będziecie pisać o normalnej wojnie w settingu fantasy stylizowanym na średniowiecze, błagam, wyrzućcie wszystko czego dowiedzieliście się o wojnie w średniowieczu z filmów fabularnych, przez to okno, o tam. A konkretnie zapomnijcie o opisywaniu spalonych pól i wiosek z jednej prostej przyczyny. Najeźdźca, który by to zrobił technicznie rzecz biorąc okradnie sam siebie, ponieważ w średniowieczu te tereny i ludzi, którzy tam mieszkali potem wykorzystywano do produkcji potrzebnych zasobów takich jak jedzenie. Spalanie wszystkiego do gołej ziemi to działanie charakterystyczne dla wojny totalnej. Owszem, czasem parę obiektów było spalanych, zazwyczaj jako ostrzeżenie dla mieszkańców okupowanych terenów, ale nie na taką skalę.

Zresztą, wyobraźcie sobie następującą sytuację. Jakiś watażka z armią prowadzi kampanię wojenną przez ileś lat, paląc wszystko po drodze. W końcu zdobywa władzę i zasiada na tronie. Wtedy przychodzą jego generałowie i mówią: „Walczyliśmy dla ciebie tyle lat. Zdobyliśmy dla ciebie ziemię i koronę. Teraz przyszliśmy do ciebie po obiecaną zapłatę”. A watażka na to: „Dobrze, co jestem wam winien”, a generałowie odpowiadają: „Po pięć wiosek i winnicę na każdego”. I wyobraźcie sobie tę niezręczną ciszę. A na domiar złego wchodzi jeszcze królewski skarbnik, albo poborca podatkowy i ogłasza: „W całym królestwie nie zebrano żadnych podatków”. Na co watażka się wścieka i pyta jak to możliwe?! A generałowie i poborca na to: „Bo wszystko spaliłeś, kretynie. Podatek od zera, to wciąż zero”.

Także ten. Pamiętajcie, że diabeł tkwi w szczegółach, róbcie research i bawcie się dobrze.

O pisaniu- Tworzenie postaci

Przepraszam, że tyle to trwało, ale miałam licencjat oraz mały kryzys polegający głównie na przeklinaniu samej siebie (tzw. „Dlaczego ałtorzy produkują przynajmniej jedną gównianą książkę rocznie, a ty nie możesz z siebie wykrzesać głupiego fanfika?!”). Ale już jestem i piszę.

Postacie są jednymi z najważniejszych elementów tworzących historię. I prawdopodobnie jednymi z najtrudniejszymi do skonstruowania. W tym wideo postaram się podsunąć Wam jakieś wskazówki, ale z góry mówię: nie ma jednej dobrej metody, i tak każdy będzie to robił po swojemu.

Jednym z problemów jest to jaką rolę wasze postacie będą pełnić w historii i w jaki sposób będą popychać ją do przodu, jeśli w ogóle.

Żeby wskazać jakiś przykład, spójrzymy na filmy Disneya. Można zauważyć, że wielu bohaterów po prostu reaguje na działania złoczyńców, którzy napędzają fabułę. Z kolei w filmach Pixara, konflikt często wynika z działań postaci pozytywnych lub ich wad. Weźmy chociaż Meridę Waleczną. Tam konflikt wynika z relacji między córką i matką, nie ataku złoczyńcy na dom księżniczki. Co nie znaczy, że model Pixara jest lepszy. Znaczy, dla mnie osobiście, jest ciekawszy i tworzy konflikt uniwersalny, bo bądźmy szczerzy, każdy z nas kiedyś pokłócił się z rodzicami. Ale konflikt według Disneya czyli złoczyńca kontra bohater też może być ciekawy, o ile i bohaterowie i złoczyńcy będą ciekawymi postaciami, a historia z ich udziałem będzie miała ręce i nogi.

Innym problemem jest jaka ma być ta postać. Jaką jest osobą? Co potrafi? W jaki sposób jej wiedza i umiejętności wpłynęły na jej dotychczasowe życie? Pamiętajcie, postać to nie zbiór umiejętności doprawiony szczyptą jednej cechy charakteru. Jeśli chcecie aby wasze postacie były względnie realistyczne musicie skupić się i na zaletach i na wadach. Przy czym weźcie pod uwagę, że „niezdarność” nie liczy się jako realna wada, jeśli wasza postać przed chwilą walczyła tak fenomenalnie, że wpędziła postaci z Matrixa w kompleksy. Słynne „dbanie za bardzo” może być w pewnym stopniu wadą, jeśli jest to właściwie rozegrane, na przykład jako przejmowanie się za bardzo rzeczami lub osobami, które nie są tego warte. Oczywiście, subiektywnie to może być ważne, ale z perspektywy osób trzecich może być postrzegane jako wada. Pamiętajcie też o takich rzeczach jak lenistwo, skłonność do przesady lub agresji, niecierpliwość, nieakceptowanie porażki, przeświadczenie o własnej nieomylności, nadmierny egoizm, tchórzostwo, skłonność do uprzedzeń w stosunku do innych ludzi etc, etc. To wszystko są cechy, które może posiadać każdy z nas i które czynią z nas dość skomplikowane istoty. Poza tym nie każda postać, która posiada widoczne w historii cechy negatywne, musi być tym złym, można stworzyć dość ciekawą postacią pozytywną, ale trzeba bardzo uważać.

Niestety, pisanie jest trudne. A zwłaszcza tworzenie postaci jest trudne. Im szybciej się z tym pogododzicie tym lepiej. Oczywiście, możecie iść na łatwiznę i zrobić kopiuj/wklej z jakiegoś archetypu charakterystycznego dla danego typu historii, ale nie biorę odpowiedzialności za to jak będą wyglądały komentarze i recenzje.

Złoczyńcy i antagoniści to koszmar sam w sobie, bo oprócz uczynienia z nich pełnoprawnych postaci z głębią, osobowością i tak dalej, musicie jeszcze przekonać czytelników, że ten złowrogi osobnik naprawdę jest siłą, z którą należy się liczyć i stanowi realne zagrożenie dla naszego protagonisty. Dlatego na nich poświęcę osobny tekst, bo inaczej przytrzymałabym was przy tym do przyszłego tygodnia.

Jeśli chodzi o moce… o rany, to dla mnie najtrudniejsze, bo sama mam problemy z zbalansowaniem umiejętności postaci. A gdy w grę wchodzą jeszcze umiejętności magiczne to problem staje się jeszcze większy. Na to też pewnie poświęcę osobne wideo, ale sądzę, że najważniejsze o czym powinniście pamiętać to:

– ustalcie jakie umiejętności będą istotne dla fabuły. Przyjrzyjcie się heist movies, gdzie każdy członek grupy ma swoją domenę. Jeden zajmuje się elektroniką, inny zajmuje się zabezpieczeniami, których nie da się sforsować za pomocą komputera, jeszcze inny jest odpowiedzialny za transport i tak dalej. Teoretycznie każda z tych postaci ma o wiele więcej ciekawych zdolności, ale dla tej konkretnej fabuły znaczenie mają tylko te, które są teraz potrzebne. Teoretycznie możecie wspomnieć o jakichś innych umięjętnościach, ale i tak najważniejsze będą te, które mają znaczenie dla roli postaci w fabule.

– nie róbcie z umiejętności deus ex machina, które wyskoczy jak Filip z konopii i rozwiąże każdy problem. Technicznie rzecz biorąc to jest coś o czym powinniśmy pamiętać głównie przy umiejętnościach magicznych, ale myślę, że należy o tym pamiętać zawsze.

– nie wyciągajcie umiejętności z dupy, gdzieś tak w połowie akcji. Przedstawcie te ważne umiejętności na początku, żeby odbiorca wiedział skąd to się wzięło lub w trakcie historii opiszcie jak postać uczy się tej umiejętności, by potem jej użyć, gdy będzie potrzebna. W przypadku przedstawienia umiejętności na początku może to być zrobione wprost, czyli opisujecie scenę, w której postać to robi, lub pośrednio poprzez rozmowę lub zostawianie subtelnych wskazówek, np. sceny w której postać wychodzi z sali gimnastycznej po ćwiczeniach. Już samo to sugeruje, że ta postać jest prawdopodobnie w dobrej kondycji fizycznej, albo trenuje np. gimnastykę, co potem może się przydać. Oczywiście można wprowadzić jakąś umiejętność jako element zaskoczenia, ale to zazwyczaj dotyczy postaci, o których niewiele jeszcze wiemy.

– Przy tworzeniu atutów pamiętajcie też o słabościach. Przy czym nie mam na myśli czegoś w stylu szybko biega, ale ma astmę (ludzie, kurde, weźcie to na logikę). Ta zasada też z reguły dotyczy umiejętności magicznych fikcyjnych postaci, ale według mnie tak naprawdę dotyczy umiejętności w ogóle. Owszem, zdarza się, że postacie są w jakiś sposób Overly Powered, ale jeśli rozegracie to dobrze, to istnieje szansa, że odbiorcom nie będzie to specjalnie przeszkadzać, jeśli zrównoważycie to słabościami.

Jest jeszcze kwestia wyglądu. I tu wylezie się ze mnie prawdopodobnie największa dawka hipokryzji jaką będziecie mogli podziwiać w moich wypowiedziach. A konkretnie: o ile nie tworzycie komiksu bądź amatorskiej animacji nie przejmujcie się aż tak wyglądem postaci. A ciuchami przejmujcie się jeszcze mniej, chyba że chcecie scharakteryzować jakiś sposób ubierania charekterystyczny dla waszego fikcyjnego społeczeństwa.

Wiem, że wielu młodych twórców zaczyna od przedstawienia wyglądu postaci i w co tej chwili jest ubrana. Nie zamierzam kłamać, sama tak czasem robię. I może to wynikać z faktu, że jako dziecko oglądałam sporo filmów i czytałam całkiem przyzwoitą ilość komiksów, a tam wygląd postaci jest dość ważny, a na dodatek postacie w animacjach raczej nieczęsto zmieniają ubrania. Głównie dlatego, że to oszczędza czas przy animacji. Ponadto kolor odzieży i styl często są wskazówkami jaką osobą jest dana postać.

No, w każdym razie ja sobie tak to tłumaczę.

Ale książka działa zupełnie inaczej, między innymi dlatego, że nie wszystkie książki dla starszego odbiorcy mają ilustracje, ale nawet jeśli to nie możemy na nich polegać przy przedstawianiu postaci w tradycyjnej książce lub opowiadaniu. Tutaj musimy operować słowem i nic poza tym.

Osobiście staram się zostawić kwestię ciuchów w spokoju, chyba że ma to służyć charakterystyce kultury fikcyjnej nacji, bądź dlatego, że opisuję jakąś ważną uroczystość. Taaa, jestem jedną z tych. Ale zdumiewająco dużo ludzi robi wręcz przeciwnie i nie mówię tylko o stereotypowych opkach na Wattpadzie. Niedawno wypożyczyłam z biblioteki książkę Władca Piasków autorstwa Elizy Drogosz i tam na opis ciuchów głównej bohaterki poświęcono co najmniej dwie linijki. Po co to? Inna sprawa, że autorka wydała tę historię, gdy miała 17 lat, a takie książki zazwyczaj mają pewne braki warsztatowe, ale i tak czytanie tego typu wtrętów było bolesne. Ponadto tworzy wrażenie, że wygląd bohaterów jest ważniejszy niż ich emocje lub myśli.

I na sam koniec prawdziwa puszka robali, którą tylko lekko poruszę. Jeśli wasza historia ma dotyczyć kwestii rasowych, tożsamości płciowej i seksualnej, bądź religijnej to prawdopobnie zrobicie reasearch na ten temat (a przynajmniej mam nadzieję, że zrobicie) by okazać szacunek osobom, które należą do którejś z opisywanych przez was grup. Ale jeśli kolor skóry, religia lub orientacja seksualna nie mają żadnego znaczenia dla historii nie odnoście się do tego. Oczywiście, reprezentacja jest bardzo ważna, ale jeśli nie ma znaczenia dla fabuły to pozwólcie ludziom interpretować wasze postacie jak im wygodnie. Jest też kwestia tak zwanego „Pisz tylko o tym na czym się znasz”. W ten sposób powstały na przykład Ferdydurke, Buddha z przedmieścia lub Stary człowiek i morze, ich twórcy opisali w nich sytuacje, z którymi byli obeznani, które sami przeżyli. Toteż pisanie o kwestiach rasowych i tym podobnych, jeśli w życiu czegoś takiego nie doświadczyliście, może się skończyć… no, nie dobrze, łagodnie mówiąc. A żeby opisać inne kraje, a nawet inne miasta trzeba tam pojechać, google maps jest pomocne, ale nie zastąpi prawdziwych doświadczeń. Wiem, że nie wszystkich stać na dłuższy wyjazd, ale nawet jednodniowa wycieczka szkolna może być niesamowitym doświadczeniem, na którego podstawie można napisać ciekawą historię.

Tak więc pamiętajcie, poświęćcie na tworzenie swojej postaci dużo czasu i, jeśli to nie ma znaczenia dla fabuły, nie dotykajcie wyglądu, pochodzenia etnicznego i orientacji swoich postaci.

I tak istnieje spora szansa, że ktoś napisze slash fanfic na podstawie waszej pracy, bez względu na kanon.

Babole w Klątwie Przeznaczenia

Od razu przepraszam za dziwny wygląd notki, miałam jakieś problemy z edytorem i wszystko mi się rozjechało.

Okej, właśnie się przyjrzałam mojej poprzedniej notce o Klątwie Przeznaczenia (na blogu Niezatapialnej Armady znanej także jako Chwała Przyrodzenia, co w sumie się zgadza) i zauważyłam, że nie poruszyłam kwestii licznych nielogiczności. Skończyło się na tym nieszczęsnym zamku, o którym nie wiadomo jaką właściwie pełni funkcję. W związku z tym postanowiłam naprawić swój błąd.

Z góry zaznaczam, że nie będę omawiała okładki, ponieważ każdy ma swój gust i jednym się podoba, a innym nie. Mnie się po prostu nie podoba, wygląda na nudną, a niezbyt szeroka paleta kolorów (czyli po prostu kilka odcieni brązu i żółci) nie pomaga. Ale co kto lubi, może bycie dzieckiem architektów sprawia, że ma się zbyt wygórowane oczekiwania. Ale jeśli chodzi o wydawanie książek to generalnie jesteśmy nogi.

Pseudo-średniowiecze, czyli Et tu, Logiko?

Świat przedstawiony jest co najmniej dziwny. Jest stylizowany na coś w rodzaju średniowiecza, jak w Pieśni Lodu i Ognia lub Wiedźminie, ale… powiedzmy, że co jakiś czas, jak Filip z konopi, wyskakują takie kwiatki jak:

  • Zegarki z dewizką.
  • System metryczny. Bo świat fantasy zbudowany od podstaw bez wątpienia będzie stosował te same jednostki długości lub wagi co my.
  • Koronkowe koszule. W średniowieczu koronki były czymś na co mogli pozwolić sobie tylko wysoko postawieni duchowni, dopiero w renesansie stały się bardziej powszechne i łatwiej dostępne dla ludzi z innych warstw społecznych.
  • SPA z maseczkami i depilacją woskiem. W średniowieczu (nawet takim pseudo) to powinna być raczej jakaś łaźnia z sauną. A depilacja w średniowiecznej Europie nie była znowu tak populara, ponieważ panie doszły do wniosku, że skoro nikt nie widzi ich nóg czy pach, nie ma powodu by je depilować. Podejrzewam też, że nie wszystkie było stać na narzędzia do depilacji.
  • Magiczne testy ciążowe. Okej, samo to jeszcze nie problem, bo fantasy, ale wypadałoby wyjaśnić co, gdzie i jak. Ludzkość po coś stworzyła przypisy. Serio, Pratchett tak robił! Żadna ujma na honorze!
  • Na polowanie nie szło się z kuszą. Była uważana za broń niehonorową, bo mogła przebić pancerz rycerza. (BTW, nie ma opcji żeby tur dał radę gdziekolwiek spierdzielić z przebitym pyskiem, prędzej straciłby przytomność z bólu. A typ posłany przez tura uderzeniem na drzewo nie ma prawa wstać, bo jest trupem).
  • Podobno w drugiej części pojawia się, uwaga, pluskwa w biżuterii! Okej, to muszę zobaczyć!
  • Pojawiają się dania, które wyskakują jak wpiszecie w wyszukiwarkę luksusowe dania dla bogatych (Marta Tarasiuk miała rację!). Trochę szkoda, bo tworzysz świat fantasy od podstaw i mimo to wszystko jest takie samo jak u nas. Gdzie mój gulasz z smoczej wątróbki, ja się pytam?! Nalewka z kwiatu paproci?! Cokolwiek! Serio, Tolkien się bardziej wysilił. George R. R. Martin i twórcy serialu, cholera, się bardziej wysilili.

Ponadto nie dostajemy mapy, co jest co najmniej niewygodne, ale nie wiem czy to wynika z partactwa wydawnictwa, czy autorki po prostu żadnej wtedy nie zrobiły. A przerzucanie się nazwami bez związku w info dumpach jest słabe, zwłaszcza, że nagle, ni z gruszki ni pietruszki, pojawia się nazwa „Cleveland”, tylko inaczej zapisana. Nazwy nie mówią czytelnikowi absolutnie nic, jedyny region, który poznajemy to Tahitania (kolejna niefortunna nazwa), ojczyzna Arienne i… powiedzmy, że to jest akurat kopalnia beki:

  • Stolica liczy sobie jakieś sto osób. To nie żart. STO osób. Cała stolica. Analizatornia chyba ma rację i to faktycznie była jakaś faktoria futer, ale szefostwo chciało poczuć się ważne i nazwało się monarchią.
  • Kraj jest gdzieś w kole podbiegunowym, ale jedną z potraw narodowych są… owoce leśne w śmietanie. Takie WTF?, mam jeżyny na ogrodzie, nie ma bata, żeby przetrwały w arktycznych temperaturach. Pamiętam jak parę lat temu trzeba było kupić nowy krzew w ogrodniczym, bo kilka padło na mrozie. Oczywiście, gdyby KTOŚ zrobił przypisy tłumaczące nam mechanikę tego świata i mówiące, że rośliny z Tahitanii to jakieś wyjątkowo wytrzymałe skurczybyki, które dostosowały się do trudnych warunków, to bym przymknęła oko. Nie takie akcje uchodziły twórcom fantasy płazem. Ale trzeba to jakoś zaznaczyć, inaczej czytelnikowi bardziej zorientowanemu w hodowli owoców kwalifikowanych jako leśne oczy wyjdą na wierzch.

  • Albo kaczka w sosie (chyba) kokosowym i krewetki. Sami odpowiedzcie na pytanie co z tą sytuacją jest nie tak.

  • Mieszkańcy Tahitanii są opisywani jako wyjątkowo bladzi (logiczne), jasnoocy (wciąż logiczne) i ciemnowłosi (okej…). Na całym kontynencie nikt inny nie ma takiego typu urody. Severo identyfikuje kraj, z którego pochodzi Arienne… po jej akcencie. Na którejś tam setnej stronie. Teraz wyobraźcie sobie brązowowłose niskie cuś/autorkę tego bloga turlającą się po podłodze ze śmiechu. Bo to była dokładnie moja reakcja na tego babola.

  • Okej, to chyba podpada pod kategorię „Postacie”, ale… Rodzice Arienne… przemilczmy „charakter” tej dwójki i zawiłości rodzinne, ale rzecz w tym, że matka jest z Tahitanii (czyli jest biała), a ojciec z kolei jest Anturyjczykiem (czyli jest śniady). Arienne ma „skórę białą jak mleko”. Nie jestem ekspertem, ale z tego co wiem to jeśli jedno z rodziców nie jest białe, to dzieci też nie będą. Arienne to wręcz podręcznikowy przykład czegoś co ja nazywam Disney genetics, czyli sytuacji w fikcji gdzie męscy potomkowie wyglądają dokładnie jak ojciec, a żeńscy- dokładnie jak matka, wbrew wszelkiej logice (chyba, że Arienne alias Mary Sue, używa magii iluzji, żeby ukryć swoją śniadą cerę. Bo tak). Oczywiście, córka może być bardziej podobna do matki, ale nie będzie jej cholernym klonem! Ja po ojcu mam uszy oraz kształt stóp i dłoni. I chyba nos. I nie mam tak ciemnych włosów jak moja mama. Ale nie jestem cholernym klonem mojej mamy.

Jest jeszcze popieprzony system magiczny, ale o nim wspomniałam w poprzedniej notce o Klątwie.

Postacie jak z Gry o Tron, ale…

  • Wszyscy bohaterowie są rozróżniani przez kolor włosów i oczy, ewentualnie wzrost. I jedną, dwie cechy charakteru max.

  • Tessi, jeden z przyjaciół Severa, jest największym plotkarzem i miszczem konspiracji w całym Ravillionie. Fakt, że o jego Zakazanym Uczuciu do Taidy, mistrzowie dowiedzieli się pod koniec książki (a nawet nie, skazują dziewczynę na śmierć, bo Tessi ją zaciążył) mówi dużo o inteligencji innych postaci. A, i piastuje stanowisko Mistrza Szpiegostwa, więc… Właściwie to poziom konspiracji czegokolwiek w całej książce to mniej więcej ten sam poziom co francuski ruch oporu w Allo, allo. Chociaż nie, ci brytyjscy piloci sobie lepiej radzili. Serio, wszyscy wiedzieli, że Severo to zaginiony cesarz. WSZYSCY.

  • Nadal się wściekam, że Mistrz Etykiety to tani comic relief i stereotypowy przegięty gej. Takoż jego partner. Serio, jest nawet taka scena, rodem z komedii romantycznych, w której przyjaciel-gej głównej bohaterki doradza jej w kwestii ciuchów. Ja piernicz…

  • Gritton jest niski i gruby. Czyli od razu wiemy, że jest ZŁYYYY

  • Każdy, kto nie zgadza się z Severem, jest ZŁYYYY… i jest impotentem, rzecz jasna.

  • I jest brzydki, jak nie wiadomo co.

  • Severo jest takim połączeniem Jona Snowa z khalem Drogo. Wszystko się zgadza, od Jona dostał burzę czarnych loczków, profesję w organizacji, w której obowiązuje celibat, a członków rekrutowano wśród kryminalistów i kazano założyć czarne szaty, by można ich rozpoznać. I dodano jeszcze białe wilkopodobne zwierze z czerwonymi oczami do kompletu. Od Drogo dostał śniadą cerę, słuszny wzrost, muskulaturę, okrucieństwo (chociaż w przypadku Severa to chyba trzeba wziąć w cudzysłów) oraz partnerkę o dość drobnej posturze i szlacheckim pochodzeniu. Okej, nie zrozumcie mnie źle, nie mam problemu z tym, że ktoś zainspiruje się jakąś postacią np. z serialu w kwestii wyglądu lub osobowości. Ale jeśli podobieństwo jest aż tak uderzające, to pojawia się pewien kłopot.

  • Jeśli chodzi o kobiety, są trzy kategorie: głupie trzpiotki, złe dziwki i Arienne. Także ten.

  • Po co w ogóle te laski lezą do tego Ravillionu? Cieszącego się reputacją kolebki morderców i gwałcicieli, gdzie kobiety nie mają nic do gadania? Jedna z nich zna kilka języków. Serio, na żadnym bardziej liberalnym dworze nie szukali tłumaczki, bądź nauczycielki dla szlacheckiej smarkaterii? Trudno mi w to uwierzyć. Inna jest świetną wojowniczką. Czy autorkom nie chciało się stworzyć czegoś w rodzaju „shield maidens” (nie wiem jak to przetłumaczyć na polski)? Albo amazonek, od biedy.

  • Cesarz ma na imię Saul (czy tylko ja się dziwnie czuję, wiedząc, że to imię pochodzenia hebrajskiego/żydowskiego? I shit You not, „Saul” to inaczej „Szaweł”) i jest wyjątkowo słabą podróbą Joffreya z Gry o Tron. Zachowanie niby podobne, ale wywołuje tylko rechot, a Joffrey potrafił być w cholerę przerażający, bo nigdy nie byłam pewna, co mu strzeli do głowy. Z Saulem… to tak jakbyśmy patrzyli na dzieciaka, który padł plackiem na podłogę w sklepie, bo mama nie chce mu kupić soczku. A był potencjał, bo mamy do czynienia z cesarzem, którego nikt nie szanuje. Mógłby ni z tego ni owego odwalić coś absolutnie przerażającego i zyskać szacunek wszystkich. A tak to lipa.

  • Jeszcze odnośnie Saula. Ma 19 lat i zachowuje się jak kretyn. Okej, niech będzie. Ale Arienne ma 16 lat i nazywa go dzieckiem. Seriously?! A sprawdzić Wam ile lat miała Jadwiga kiedy została koronowana na króla Polski?!

  • Jedyną porządną postacią jest król wysp imieniem Dijon (tak to się chyba pisze), w pewnych kręgach czytelniczych znany jako król Musztarda. Ta, nie tylko nazwy krajów są tu niefortunne.

Korekto, kiedyś cię znajdę

Przekręconych frazeologizmów, pomylonych pojęć, czy byków ortograficznych jest tyle, że aż mi się nie chciało ich wypisywać. Ale wystarczyło, by dojść do słusznego skądinąd wniosku, że redakcja i korekta nie miały miejsca. A uwierzyć autorkom na słowo nie potrafię.

Skakanie między narratorem pierwszo- i trzecioosobowym jest wybitnie irytujące. Mniej by bolało, gdyby to się działo co rozdział i było jakoś oznaczone. Albo zdecydowano się na jeden typ narracji. Osobiście wolałabym narrację trzecioosobową, bo monologi Arienne sprawiały, że zaczęłam pomijać całe akapity. Pamiętacie to ćwiczenie z lekcji języka polskiego „A teraz opowiedz co przeczytałaś/łeś swoimi słowami”? Zdecydowana większość przemyśleń Arienne to właśnie coś takiego, można by przynajmniej połowę z tego wyrzucić. Razem z wszystkimi momentami, gdzie informacja jest powtarzana po raz wtóry, jakby czytelnik był idiotą, albo sklerotykiem.

No i ta mania wielkich liter, ała.

To się mogło udać, ale…

Autorki w jakimś wywiadzie (albo na swoim fanpage’u?) wspomniały, że pisały Klątwę… w liceum, co w sumie widać (zwłaszcza gdy ni z gruszki ni pietruszki wyskakuje ci tekst, że trzydziestolatek to już stary człowiek, normalnie jedną nogą w grobie stoi) i wzorowały się na jakimś RPG. Spoko, jeśli się lubi, gdy sesja jest oparta na kliszach przemielonych tyle razy, że już nie wiadomo co to na początku było. Nie mówię, że nie powinny w ogóle tego wydawać, ale mogły to wpierw dać na jakieś forum literackie. I sporo pozmieniać. I nadal upieram się, że powinny sobie obejrzeć filmiki z kanału Terrible Writing Advice. I może Trope Talks od Overly Sarcastic Productions.

A więc ostateczna konkluzja brzmi i wiem, że się powtórzę:

Jeśli tkwiłeś/tkwiłaś w toksycznym związku – NIE CZYTAJ TEGO.

Jeśli jesteś nieletnia/nieletni – NIE CZYTAJ TEGO.

Jeśli łatwo cię striggerować – NIE CZYTAJ TEGO.

Jeśli masz minimum empatii – NIE CZYTAJ TEGO.

Przykro mi, ale ten debiut wywołał u mnie kilkudniową migrenę i chęć oddania na makulaturę każdego istniejącego egzemplarza. A szkoda, bo widzę, że z zacięciem i pomysłami u autorek jest dobrze. Co prawda przeczytam dwie kolejne książki pań autorek, ale tylko dlatego, że jak powiedziałam A to powiem B.

Okej, ulałam jadu, pokazałam jaka jestem zazdrosna, jaka czepialska i od jak dawna chłopa nie miałam. Do następnej notki o Klątwoverse!


P.S. jeśli ktoś chce wyskoczyć z Grą o Tron lub tym, że wystawiłam Dworowi Cierni i Róż pozytywną recenzję jako kontrargumentem… niech najpierw upewni się, że czytał którąkolwiek z tych książek. Ze zrozumieniem.

Dramat w Jagódce Katarzyny Michalak

Jestem idiotką, okej? Przeczytałam więcej niż jedną książkę autorki, o której nie miałam najlepszej opinii. Dlaczego? Bo jak wszystkie istoty ludzkie jestem marudą, która sobie lubi ponarzekać na rzeczy, na które nie ma i nie będzie mieć wpływu. I usiłuję pojąć fenomen Michalak. Po prostu.

I dobra, tak, jestem masochistką. Który Polak nie ma skłonności masochistycznych?

Ale do rzeczy.

Opis WL głosi „Baśń o Kopciuszku – niepełnosprawnej dziewczynie, Gabrysi Szczęśliwej, która nie marzy by być pięknością – ona marzy o tym, by mogła żyć zwyczajnie, cieszyć się prostymi sprawami i codziennością, której my, zdrowi, nie doceniamy, a której niepełnosprawni nie mogą doświadczyć. Zaskakujące zwroty akcji i duża ilość wzruszeń gwarantowane!”.

Buahahahaha! No po prostu buahahahaha.

Kurtyzana mać, nie próbujcie mi wmówić, że Gaba nie chce być pięknością, bo ona chce być pięknością. O ile większość szarych myszek jest opisywanych jako piękności, które nie wiedzą, że są piękne (dopóki tru loff im tego nie powie), Michalak się tej konwencji nie do końca trzyma, więc w Gabę Szarą Myszkę nie wierzę i koniec. Zresztą, skoro nie chce być piękna, to po co była ta heca z metamorfozami?

I jeszcze niepełnosprawność tutaj. Oesu, jak zacząć. Jeśli dobrze zrozumiałam trochę krótsza jedna noga sprawia, że dziewczyna kuleje i potrzebuje kuli, by się sprawniej poruszać. Okej, ale czemu w takim razie kupuje sobie mieszkanie w kamienicy bez windy? Mieszkanie na jednym z wyższych pięter, pragnę dodać. Trochę bez sensu. Na dodatek nie przypominam sobie słowa o jakichkolwiek problemach przy wspinaczce. Trochę to głupie, nie sądzicie?

Narkolepsja jest tu potraktowana tak, że zaczęłam poważnie rozważać jakiś najazd na dom Michalak. Nie jestem ekspertem w tej kwestii, ale nie robi się z tego rodzaju przypadłości elementu komicznego. Nie, nie, po prostu, kuźwa, nie. Ja wiem, research u ałtorKasi leży i kwiczy i błaga o dobicie. Ale istnieją pewne granice.

Ale nie tylko osoby cierpiące na narkolepsję zostają tu obrażone. Maroko. Kuźwa, tylko Michalak jest w stanie tak iść na całość i obrazić całą nację. Przedstawiciele Marokańczyków to jakieś pokraczne połączenie gangu Olsena (z miejsca przepraszam wszystkich fanów gangu Olsena) z jakimiś fanatykami owładniętymi manią błony dziewiczej. Trochę też mi się odpalił detektor islamofobii. (btw, kult błony dziewiczej nie ogranicza się do jednej religii/nacji. To mania ponad podziałami, że tak powiem).

Najlepsza postać w książce, Malina… rany, Michalak naprawdę jej nie lubi. Gdyby ktoś napisał książkę lub choćby krótkie opowiadanie o postaci takiej jak Malina, brałabym w ciemno. Ale nie. Sprytną i przedsiębiorczą Malinę trzeba upodlić, najgorzej jak to możliwe. I to wszystko w atmosferze „Dobrze jej tak!”.

W skrócie: Gorąco NIE polecam.

„Dwór Cierni i Róż”- Sarah J. Maas

Fantasy to jeden z moich ulubionych gatunków. Praktycznie wychowałam się na Tolkienie, Sapkowskim, Rowling, Gaimanie, Prattchecie, mitologiach rozmaitych, trylogii Mumii, Disneyu, DreamWorksie i wszystkich pozostałych. I to wsiąkło, mocno. Więc generalnie wystarczy, że jakaś historia ma elementy fantasy, a już czuję się kupiona.

Lubię też ten typ relacji między bohaterami, w których rzucają sobie wyzwania, starają się nawzajem przechytrzyć, albo wręcz są wrogami, ale jednak nie mogą bez siebie żyć, lub odkrywają, że wcale ich tak wiele nie różni. Jestem osobą, która jako dziecko, była święcie przekonana, że między Magiką DeSpell i Scroogem MacKwaczem coś było, więc chyba już wiecie z kim macie do czynienia.

Nie mam też problemu z tym, że ktoś tworzy postacie, które mają się między innymi podobać. Z naciskiem na „między innymi”, rzecz jasna. Jeśli ta postać ma także skomplikowane backstory, bądź moralność, która budzi co najmniej wątpliwości, to świetnie! Team Villain here!

Więc kiedy znalazłam notkę Szyszki zachęcającą do przeczytania Dworów, postanowiłam sprawdzić czy te zachwyty są zasłużone. Że ufam opinii Pani Szyszki chyba nie muszę nie mówić. Na początku próbowałam przeczytać Dwór Cierni i Róż po polsku, co było wybitnie słabym pomysłem, bo polscy tłumacze spaprali robotę. Klasyk. Ale kiedy sięgnęłam po oryginał, wsiąkłam natychmiast. I odkryłam wiele niuansów językowych i aluzji do folkloru i mitologii celtyckiej, które skądś znałam, ale przeoczyłam kompletnie, gdy czytałam polskie tłumaczenie.

Jestem prawie pewna, że Dwór Cierni i Róż jest oparty na legendzie o Tam Linie, istocie, która kiedyś nawiedzała las Carterhaugh w Szkocji. Legenda skupia się na historii o tym jak Tam Lin zostaje uratowany przez ludzką dziewczynę z rąk Królowej Elfów. Oczywiście, że brzmi znajomo, to praktycznie fabuła tej książki! Z pewnymi różnicami. Jeśli jesteście ciekawi jak brzmi cała legenda, odsyłam do filmiku Overly Sarcastic Productions na ten temat. BTW, jestem prawie pewna, że ta legenda pochodzi od jakiegoś szkockiego mitu, zmienionego podczas chrystianizacji Wysp Brytyjskich, ponieważ wiara, że Fae są upadłymi aniołami i/lub demonami rozpowszechniła się w XVII wieku dzięki purytanom.

Pojawiają się także odwołania do podań ludowych według których fae nie mogą kłamać i można je zranić tylko żelazem. Na razie przeczytałam tylko pierwszy tom, więc nie znam całego systemu wierzeń fearie, ale wspominany wielokrotnie kocioł (w oryginale cauldron) jest motywem zaczerpniętym z mitologi celtyckej. Był on ważnym elementem wyposażenia każdego domostwa i centralnym obiektem wielu rytuałów. Symbolizował on także transformację, odrodzenie, co pasuje (SPOILER!!!) do końcówki pierwszego tomu Dworów.

W ramach ciekawostki dodam, że kocioł symbolizował także łono bogini Ceridwen, a bezdenny kocioł zdolny wykarmić całe armie był jednym z atrybutów boga Dagdy, który był także utożsamiany z mitycznym Irlandzkim królem zwanym Eochaid Ollathair. Nie pytajcie jak to wymówić.

Podoba mi się relacja między główną bohaterką oraz biszami tej książki, choć przyznaję, że moim ulubionym stał się Lucien, czyli fae z Dworu Jesieni, noszący maskę w kształcie lisiego pyska. Okej, zdążyłam już sobie zrobić mały spoiler, trudno, ale i bez tego widzę, że Rhys i Feyre mają bardziej intrygującą relację niż ta między Fayre i Tamlinem. Poza tym zawsze miałam tendencję do kibicowania postaciom powiązanych z motywami nokturnalnymi.

No co jeszcze mogę powiedzieć? Raczej nic, czego inni by nie powiedzieli. Uwielbiam tę historię, podoba mi się styl językowy Maas, wątek fantasy i odniesienia do mitologii celtyckiej zatrzymały mnie przy historii, a książka jest przepięknie wydana. Fanom tego typu literatury gorąco polecam.

„Klątwa Przeznaczenia” czyli o borze, ty to widzisz i nie szumisz! (uwaga, długie)

Dar od kobiet dla kobiet. No bardzo zabawne.

Kiedy popkultura produkuje jakiś światowy fenomen (pomińmy czy to zasługa marketingu czy tego, że jest po prostu dobre) natychmiast pojawia się cała masa naśladowców, którzy chcą coś uszczknąć z światowego sukcesu. Polskich odpowiedzi na 50 Twarzy Greya było co najmniej trzy. I we wszystkich przypadkach polegało to na tym, że wszyscy powiedzieli „Nic gorszego już nie powstanie”, a kolejne autorki krzyczały: „Potrzymaj mi piwo!” (w przypadku jednej to akurat było „Potrzymaj mi różowe wino!”).

Czytając Klątwę Przeznaczenia odniosłam wrażenie, że dwie autorki sięgnęły po dwie różne serie, które odniosły sukces: wspomniane wyżej 50 Twarzy Greya i Gra o Tron. Mamy erotykę (powiedzmy) i mroczne fantasy (powiedzmy). O ile mroczne fantasy zawiodło na poziomie world buildingu (bywa), a autorki chyba nie konsultowały ze sobą tego co napisały (dochodzi do sytuacji, w której jeden akapit zaprzecza akapitowi sprzed dwóch stron), to erotyka poległa… nim w ogóle się zaczęła. Ale wrócimy do tego (uwaga, będzie dużo przekleństw).

Nie zrozumcie mnie źle, cieszę się, że panie Magoska-Suchar i Dubielecka dały radę odnieść sukces od razu przy debiucie, zwłaszcza mając do czynienia z wydawnictwem typu vanity press, i zebrać przyzwoitą grupę fanów. Cieszę się też, że są osoby, którym ta książka sprawiła frajdę. Ale nieco przeraża mnie ilość opinii, według których związek Arienne i Severa (tego bydlaka) to po prostu coś pięknego i romantycznego. Naprawdę, osoba, która stwierdziła, że to dar od kobiet dla kobiet powinna się puknąć w czoło. Tak z dwa razy, dla równej miary.

Tak jak wspomniałam wcześniej, Klątwa Przeznaczenia to debiut duetu pisarskiego pań Moniki Magoskiej-Suchar i Sylwii Dubieleckiej, wydany przez Nova Res, wydawnictwo typu vanity press. Jeśli pierwszy raz spotykacie się z tym określeniem, już tłumaczę. Wydawnictwa vanity press to taki typ wydawnictwa, do którego przychodzą najbardziej zdesperowani aspirujący autorzy. Którzy płacą grube pieniądze by ich ukochane dzieło trafiło na rynek, a potem to ani Vinci, ani w kosmos nie polecą, że tak powiem.

Choć oczywiście zdarzają się wyjątki. Tak jak wspomniałam wcześniej, paniom autorkom udało się zgromadzić wiele fanek na Instagramie i Facebooku, czego im serdecznie gratuluję, ale mam nadzieję, że Srebrny Demon, ich nowa książka, będzie lepsza niż Klątwa Przeznaczenia.

Opis na tyle okładki obiecuje nam polityczną intrygę z wątkiem miłosnym kicającym gdzieś w tle. Coś jak Gra o Tron, tylko z mniejszą pulą postaci do odstrzelenia i skupioną na mniejszym obszarze. A w zamian dostajemy figę z makiem, bo wątek miłosny i chwała przyrodzenia głównego bisza wysuwają się na pierwszy plan, a reszta poszła się walić.

Okej, world building.

Głównym miejscem akcji jest Ravillion, Czarna Twierdza, siedziba tajemniczego i podupadającego Związku, zwanego także Świętą Organizacją. Jak rozumiem chodzi tu o świętość w taki sposób jak to widziała hiszpańska Inkwizycja, bo Związkowcy są jakimiś wiedźminami, templariuszami, asasynami, niewyżytymi gwałcicielami i jeszcze proszę mały Hogwart do tego, czyli w sumie diabli wiedzą.

Nie, nie ci diabli. Crowley z powstaniem tej książki nie miał nic wspólnego.
Źródło: Tumblr.com

Związkiem rządzi rada mistrzów, a każdy mistrz ma swoją dziedzinę, specjalizację. Jest na przykład mistrz walki, mistrz żeglugi, mistrz etykiety, mistrz alchemii, mistrz szpiegostwa etc, etc. I jeszcze na dodatek każda dziedzina ma swój symbol w postaci zwierzęcia. Jest to ważne, ponieważ przez większość czasu Severo, główny bisz, nazywany jest Lwem, od symbolu jego specjalizacji, czyli walki.

Z Czarną Twierdzą jest taka zabawna sytuacja, że po pierwsze lokalizacja, po drugie przeznaczenie budynku.

Czytając książkę odniosłam wrażenie, że autorki nie dogadały się co do tego, czy ten zamek znajduje się pośrodku jeziora, czy na wyspie na morzu, jakiś kawałek od głównego lądu. Na samym początku przeprawa jest opisana w taki sposób, jakby Czarna Twierdza była gdzieś na morzu, ale w późniejszych fragmentach to przypominało opis przeprawy przez jezioro.

Nie twierdzę, że zbudowanie zamku na wyspie gdzieś na morzu jest niemożliwe. Jest trudniejsze, ponieważ w przypadku wyspy na jeziorze ufortyfikowanie linii brzegowej jest znacznie łatwiejsze, ponadto transport ludzi, materiałów i narzędzi jest szybszy i bezpieczniejszy, ponieważ jeziora są z reguły spokojnymi akwenami.

I to jest zdanie klucz. Przez to niedogadanie się robiłam potem wielkie oczy, bo mieszkańcy Czarnej Twierdzy przypływali do pobliskiego miasteczka w łódeczkach, na luzie. W jednym przypadku to chyba autentycznie była taka szalupa z wiosłami. Brak mapki w pierwszym tomie (w drugim ponoć jest) zdecydowanie wszystko utrudnia, bo nie znamy chociaż przybliżonej odległości między Ravillionem, a linią brzegową głównego lądu. Nie wiem ile czasu potrzeba by pokonać tę odległość i czy to jakaś trudna trasa. Poza tym pamiętam, że prom z Drvenika na wyspę Hvar (widoczną z większości punktów w mieście jak na dłoni) płynie dwie godziny, plus minus, a jest obciążony samochodami. Wszystko mi się chrzani, tylko dlatego, że autorki się nie dogadały.

Chyba, że w Ravillionie mają jakieś niezniszczalne łódki, które poradzą sobie z prądami, wzburzonymi wodami i wszystkim tym, co mógł przynieść sezon burzowy. I jeszcze zakupy dla całego zamku sobie przewieziesz. Szkoda, że nikt o tym nie wspomniał.

No i jeszcze rola obiektu. Raz jest to właśnie główna siedziba tego Związku, razem z skarbcem, głównymi archiwami i przestrzenią mieszkalną przywódców. Innym razem to jakieś więzienie i miejsce egzekucji. Jeszcze innym- jakaś akademia, gdzie uczą sztuki walki i magii, oraz innych umiejętności potrzebnych potencjalnym najmenikom na usługach Związku. A jeszcze jeszcze innym razem to miejsce gdzie organizuje się najlepsze imprezy w królestwie, gdzie ichni odpowiednik Johny’ego Walkera wypływa z kranów.

Kochane autorki, jedno albo drugie, a nie wszystkiego po trochu w jednym miejscu.

Tworzycie organizację o znaczących wpływach, która na pewno ma kilkanaście budynków i fortec rozsianych po okolicy. Jestem pewna, że dało się wspomnieć, że Ravillion to główna siedziba Związku, a gdzieś indziej mają więzienie, w którym dokonują egzekucji i przesłuchań, jeszcze gdzie indziej mają ośrodek treningowy, a jeszcze jeszcze gdzie indziej jakiś pałacyk, lub dworek, gdzie organizują swoje uroczystości i ceremonie. Mogliby go także udostępniać jako neutralne terytorium do negocjacji. I tu mógłby się przydać Mistrz Etykiety, do spraw dyplomatycznych, a nie jako tani comic relief i przegięty gej, dodający Wam punktów do pseudo tolerancji. Ale dzięki temu przynajmniej mamy pewność, że to utwór made in Poland.

Ja tak mogłabym jeszcze długo takie babole wymieniać. Książka liczy sobie 800 stron, jest z czego wybierać. I bez obaw, jeszcze do tego wrócimy, tylko objaśnię o co w tej cegle chodzi, skoro główną scenografię mamy nakreśloną.

W Związku, na jakiś czas przed rozpoczęciem akcji książki, nastąpiła schizma, która podzieliła mistrzów na zwolenników Starego Porządku i zwolenników Nowego Porządku. Wynika to z reform przeprowadzonych w strukturze władzy i metodach rekrutacji do Organizacji, co umożliwiło, między innymi, podkupywanie stanowisk. Co jest takie zdumiewające. Jakoś mi się wierzyć nie chce, że przed reformą nie trafiła się jakaś cwana gapa, która postanowiła wykorzystać swoje zasoby i możliwości, by zdobyć wyższe stanowisko.

Inna rzecz, która uległa zmianie to to, że wcześniej obowiązywał ścisły celibat, jak w Nocnej Straży. Teraz można sobie brać niewolnice do zaspokajania potrzeb seksualnych. Chciałabym dopatrywać się przejawu jakiegoś czarnego humoru w fakcie, że te niewolnice nazywane są milady, jakby były jakąś szlachtą, podczas gdy są właściwie sprowadzone do roli zabawek, na dodatek napiętnowanych symbolem swojego pana i władcy. Ale nie, jedyny powód, dla którego zdecydowano się na tytuł milady to prawdopodobnie to, że niewolnica seksualna nie brzmi tak romantycznie.

Sam koncept nie jest aż taki zły i to nie tak, że w prawdziwym, czyli naszym, świecie nigdy czegoś takiego nie było. Było, niestety. Ale jeśli sobie przypomnimy, że właśnie z takiej relacji- pan/niewolnica wyrasta główny wątek miłosny… bleh.

No i pewnego dnia do zamku przybywa Arienne, piękna czarodziejka, która swoich niezliczonych mocy może użyć tylko raz. I jej pojawienie się zaburza równowagę sił między dwoma stronnictwami w radzie mistrzów. Już wspomniałam, że Związkowcy to banda niewyżytych gwałcicieli, którzy tylko czekają, żeby położyć łapy na nowym narybku. Więc dziewczyna będzie musiała sobie poradzić w tym nieprzyjaznym środowisku. Na dodatek Los, pisany przez duże L, związuje ją z Severem.

Jeśli zabrzmiało to jak coś, co autentycznie chcielibyście przeczytać, pomimo moich wtrętów o tym, że sprzedaje nam się syndrom sztokholmski (ravillioński?) niewolnicy seksualnej jako wielką miłość, to chyba tylko dlatego, że starałam się opowiedzieć to tak aby miało to sens. Jak zaczniecie to czytać to wszystko posypie się szybciej niż świat przedstawiony w Harrym Potterze. Z całym szacunkiem dla Harry’ego Pottera.

Problem leży w tym, że na to mroczne fantasy z romansem był pomysł i to całkiem ciekawy. Wszystko wyłożyło się na warstwie realizacyjnej. Książka (jak już wspomniałam po wielokroć) to ośmiuset stronicowa cegła, akcja zawiązuje się około setnej strony, potem kilkaset pieprzenia o niczym, o seksie nudnym jak flaki z olejem, o tym jak wszyscy lecą na Severa, o tym jak bardzo Arienne wygląda jak dziecko… Ziew. A ja myślałam, że moje stare fanfiki, w których non-stop kogoś porywali i szukali skarbu były nudne. Znaczy były, ale Klątwa Przeznaczenia to ten sam poziom nudy. Akcja zaczyna się rozkręcać tak pod koniec. I zakończenie w sumie było do przewidzenia. Pamiętam jak wyciągałam z mrocznego miejsca poniżej pleców równie kretyńskie rozwiązania fabularne. W gimnazjum.

Dobra, nie żeby teraz było wiele lepiej, ale Terrible Writing Advice pomaga. Gorąco polecam. Zwłaszcza autorkom.

System magiczny to pieprznik. Niby mamy przypadek systemu magicznego „Magia jako nauka”, w którym powinny być jakieś konkretne, jasno sprecyzowane zasady na temat tego co jest, a co nie jest możliwe, ale w całym pierwszym tomie mamy przedstawioną tylko jedną: jak sprawdzisz przyszłość to już tego nie zmienisz. Co byłoby całkiem super elementem fabuły, gdyby nie zostało praktycznie niewykorzystane. Pojawiają się także elementy systemu „Magii jako rzadkiego talentu”, gdzie jedni rodzą się z potencjałem magicznym, a inni nie. Pomysł na to by mieszać systemy magiczne nie jest zły, to nie tu leży problem. Nie mamy podanych żadnych słabości ani kosztów tej magii. Na dodatek pojawia się sytuacja, kiedy Arienne rozwala magiczną barierę (i pół dachu) od tak, od niechcenia, jednym ruchem nieskalanej uczciwą pracą łapki. A potem jest potwornie zmęczona tworzeniem magicznych obrazów przedstawiających jej ojczyznę. To trochę tak, jakby ktoś mógł przebiec maraton, bez specjalnego wysiłku, ale mdlał ze zmęczenia przy podniesieniu piłki do koszykówki. Na dodatek magii używa się wszędzie tam, gdzie ewidentnie nie jest potrzebna, a gdy jest bardzo potrzebna nagle Arienne zmienia się w paproć. Gdyby zostało powiedziane, że gdy nasza Mary Sue jest przerażona lub wściekła jej magia zaczyna wariować to okej. A tak nie mamy nic.

No i jeszcze główna para, o której rantuję już od jakiegoś czasu. Dziewczyny od Jestem na Tak i Miasta Książek uważają, że to cudowny związek, cudowne postacie. Buahahaha!!! Ja nie mogę! Trzymajcie mnie, bo komuś coś zrobię.

Złotówka do karnego słoja, ja- do rzeczy.

Arienne jest dzieckiem. To jest jej główna cecha. No i jeszcze jest piękna. Druga główna cecha. A jej moce działają jak pstryczek-elektryczek. W momencie, w którym przydałyby się najbardziej nie działają. Myśleniem kreatywnym nie wykazuje się w ogóle. W jej inteligencję musimy uwierzyć na słowo. Nie jest to zbyt mocne słowo, niestety. Przybywa do Ravillionu by ukryć się przed jakimś straszliwym zagrożeniem i co to było za zagrożenie, że najlepszą kryjówką jest najgorsza mordownia w okolicy?! By the way, w niektórych akapitach jest wspomniana jakaś misja, że trzeba znaleźć jakąś księgę, więc człowiek ostatecznie nie wie po co nasza Mary Sójka przybywa do Ravillionu.

Tak, Mary Sójka. Żeby nie było, to nie jest określenie, którego używam często. Dla mnie to postać nie tyle z wielką mocą i niesamowitą urodą, ile taka, która jest pępkiem świata. Ona jest najlepsza, ona nie jest jak te mityczne Inne Kobiety, wszyscy faceci padają jej do stóp i nawet jeśli jej nie ma w pomieszczeniu to wszyscy i tak mówią tylko i wyłącznie o NIEJ. No i tak, ma pierdyliard mocy, co średnio pomaga. Nie żartuję z tym pierdyliardem; Arienne potrafi kontrolować wszystkie cztery żywioły, przechodzić przez ściany, zatrzymać lub spowolnić czas i jeszcze jest, uwaga, BOGINIĄ PRZEZNACZENIA!

Khem, bo zeszłam trochę z tematu… Aby móc dostać się do Twierdzy, Arienne musi zdać test. Mówi wprost, że interesuje ją nauka magii, a ci geniusze pakują ją do grupy szkolącej wojowników. Przemilczę popisywanie się głównej bohaterki. Wiem, że na egzaminach powinno się pokazać z jak najlepszej strony, ale skoro Arienne ma tam się ukrywać, to chyba powinna trochę spuścić z tonu. Zwłaszcza, że jednym z wątków pobocznych książki jest zniknięcie pewnej pięknej księżniczki o wielkiej mocy.

Serio, słaba to książka, której intrygę da się rozgryźć w kilka sekund.

Przy okazji, Arienne dowiaduje się, że kobiety nie mają lekko i o ile nie zostaną wybrane na niewolnice seksualne któregoś z Mistrzów, istnieje ryzyko, że będą gwałcone przez kogo popadnie.

I tu pada ten wybitnie ohydny fragment:

„I do tego jeszcze ta struktura Związku. To chyba najbardziej przerażający aspekt. Zaledwie kilkadziesiąt kobiet na ponad dwa tysiące mężczyzn i wszystkie tu obecne zabiegające o względy płci przeciwnej po to, aby awansować. I tylko można się domyślać, jakie zabiegi stosują, aby zdobyć upragniony cel. Te ich wyzywające stroje i makijaż… Niektóre czarodziejki w Salmansarze podobnie się nosiły, jednak nigdy nie słyszałam, by którakolwiek z nich rozpowiadała o tym tak bezpośrednio. Moje nowe towarzyszki zaś zdają się w ogóle nie mieć poczucia honoru, za krzty godności. Czy naprawdę nie dostrzegają, że tak otwarcie uwodząc mężczyzn, nie dość, że nie zyskują ich poważania, to jeszcze same mogą stracić szacunek dla siebie? To żałosne ale i smutne zarazem. Zwłaszcza, gdy się pomyśli, że nie mają wielkiego wyboru, gdyż jacy po prawdzie są ci Związkowcy? Z pewnością nie znają dobrych manier, nie wspominając już o okazywaniu prawdziwych i szczerych uczuć płynących z dobroci serca… jak więc te biedne kobiety mają znaleźć tu szczęście?! Zadowalając się tym, co puste i powierzchowne?”

Jasna cholera, mało wylewu nie dostałam. Ale pęknięcia w blacie biurka stały się bardziej widoczne. Przynajmniej dostałam dowód, że inteligencja głównej bohaterki jest raczej umowna.

Żeby nie było, jej pan i władca, czyli Severo, Mistrz Walki, w niczym jej nie ustępuje, choć mam wątpliwości, czy na miano Mary Sóji bardziej zasługuje sam Severo, czy jego „Olbrzym”. Serio, członek tego typa jest wspominany i zachwalany tyle razy, że właściwie stał się osobną postacią. Na dodatek Severo to bydle. Może ładne, ale ciągle bydle. Severo jest mistrzem walki, czemu zawdzięcza swój lwi przydomek, oraz zwolennikiem Starego Porządku. Co nie przeszkadza mu wziąć sobie niewolnicy, o przepraszam, milady. I technicznie rzecz biorąc trzyma cały Związek za jaja, bo jest jedynym żywicielem i źródłem gotówki. I ten geniusz zbrodni wszelakiej z tego nie korzysta! Powinni mu, kurna, lizać buty! On powinien być jakimś kardynałem Richelieu tej organizacji! Ale ponieważ to ciekawe, to się nie wydarzy. Ten kretyn to jakaś potulna owieczka, a nie Lew, więc pozostali mistrzowie z tego faktu korzystają. I to jest słuszne postępowanie na miarę fantasy z intrygami dworskimi. Jest okazja, to korzystasz.

Więc co się wydarzy, skoro nic ciekawego?

Gwałt publiczny i wielka miłość. I shit you not, to naprawdę to co się dzieje w książce. Podczas pewnej uroczystości na cześć Severa Mistrzowie zauważają Arienne, bo ona nie jest taka jak Inne Kobiety, więc zaczynają się o nią naparzać. Arienne ma nadzieję, że wygra Mistrz Alchemii i kij z tym, że wcześniej się dowiedziała, że typ regularnie pozbywa się kobiet, z którymi sypia. Kolejny dowód na porażającą inteligencję tej bohaterki.

Nie żeby trafiła lepiej, bo wygrywa Severo i gwałci Arienne przy wszystkich. Przy okazji, wyczytujemy między wierszami, że gwałt jest traumą tylko dla dziewicy, kobiecie, która już uprawiała seks, jest już wszystko jedno. Ja pierdolę.

Na dodatek, ustaliłam, że wiele czytelniczek uważa, że wszystko jest okej, że Severo „krzywdzi troszeczkę”* Arienne, bo go zmusili. Kija nie zmusili, jak mówiłam Severo technicznie rzecz biorąc trzyma ten cały cyrk za jaja, to raz, dwa inni Mistrzowie zagrali z nim w „chicken”, a on się na to złapał, więc jak dla mnie to wciąż słabo mówi o nim. Obejrzyjcie sobie ślub Sansy z Tyrionem to pojmiecie na czym polega problem.

A ponieważ suspens i foreshadowing w tej książce mają subtelność pryzmy cegieł spadającej czytelnikowi na głowę, już od początku wiemy, że Severo jest truloffem. Więc pizgnęłam tym cholerstwem o ścianę. Tak ze dwa razy, żeby się uspokoić.

Najgorsze jest to, że trauma Arienne przechodzi po jakichś 24 godzinach, a inna Milady udziela jej tak obrzydliwych rad i daje taki popis braku empatii, że… Argh.

Nie będę Wam szczegółowo opisywać tego co się w tym czymś dzieje, bo wspomniałam o tym wcześniej: miesiąc miodowy, nudne seksy wyłączające libido, pierdolenie o dupie maryni i kuśce Severa, pierdolenie o tym, że Severo wreszcie znalazł sobie babę i jakaś intryga polityczna z dupy, tak żałośnie skonstruowana, że człowiek tylko oczami przewraca i czytać mu się odechciewa. A zakończenie jest wybitnie debilne. Jeśli pomyśleliście „cliffhanger” to zgadliście i wygraliście lodówkę z internetem.

Moja konkluzja jest taka, że to ksiopko jest wyjątkowo triggerujące i przykre dla każdej istoty ludzkiej, która ma minimum empatii. Na dodatek jest pełne głupot i błędów. I jeśli ktoś kto czytał tę książkę i mówi „To fantastyka, więc może być bez sensu”, niech jedzie do Anglii, przywoła ducha Pratchetta, jemu powie, że książka fantasy może być bez sensu i potem mi opowie co się stało. Jeśli przeżyje.

To podobno miał być też jakiś brutalny wulgarny patriarchalny świat, jakich było już mnóstwo w fantastyce. Ale… Okej, myślę, że ten fragment najlepiej Wam zobrazuje mój problem z tą wizją:

„Na balkonie naprzeciwko jakaś młódka pochyla się nad barierką, opierając o nią ręce i uginając się pod naporem stojącego za nią, rytmicznie poruszającego biodrami Związkowca. Mężczyzna na chwilę spotyka mój wzrok swoim i lubieżnie uśmiecha się do mnie. Dalej, w innym miejscu, jedna z adeptek z piskiem upuszcza dzban i ucieka przed grupą goniących ją, rozpinających rozporki mężczyzn. Dwóch Związkowców za filarami arkad zażyna właśnie sługę, który niewłaściwie wypełnił ich rozkaz. Świat pełen okrucieństwa. A ja za chwilę stanę się jego ofiarą”.

(Wiem, że w tym fragmencie jest byk ortograficzny, ale ja cytuję tak jak jest w książce.)

Kiedy czytałam te scenę, nawet umiałam to sobie wyobrazić. Tyle, że jednocześnie słyszałam głos Terry’ego Gilliama krzyczącego: „Cięcie!”. Stężenie patologii i zwyrodnienia w tym krótkim fragmencie jest tak duże, że to przestaje szokować, a zaczyna bawić i kojarzyć się z filmami zespołu Monthy Pythona. A może to tylko dowód na to, że jestem popieprzona, mnie bawi ten skecz z wybuchowym „Nad pięknym modrym Dunajem”.

Sceny seksu i wulgarność są nudne i żałosne. Nastolatki w ósmej klasie, bądź trzeciej gimnazjum mają bardziej plugawe słownictwo, a stwierdzenie „wsadził Olbrzyma w jej ciasne wejście” jest w najlepszym razie żenujące. Na dodatek efekt osłabia fakt, że wszyscy, nie żartuję, WSZYSCY w tej książce gadają o seksie. Co się robi nudne, po kilku stronach.

Nie uważam się za pruderyjną, ale do cholery, nawet ja nie pieprzę o seksie przez 24/7. I to tak niesmacznie. Dużo recenzentek stwierdziło, że sceny seksu w Klątwie… są takie gorące, takie podniecające, czasem wulgarne… Pft, ewidentnie nie słyszały o tym jak Tyrion Lannister przyprowadził osła do burdelu, Lisa i Ally uprawiały w Sunstone tzw. seks telefoniczny, a Yennefer i Geralt kochali się na wypchanym jednorożcu. Ani nie oglądały Angielskiego Pacjenta, gdzie seksu między Kipem i Hanną nie widzimy wcale, ale choroba… To było coś, czułam tę chemię między tą dwójką, wierzyłam w ich relację. A potem ryczałam jak głupia.

Tylko patrząc na nich zaczynam płakać. Czytałam książkę. Źródło: https://photos.smugmug.com/Projects/The-English-Patient/i-vwmqTXw/0/44ead560/M/Pic%20-%202-M.png

Nie zrozumcie mnie źle. Generalnie staram się żyć podług zasady „każdemu jego porno”, ale tego, że aż trzy recenzentki porównują to gówno do Dworów Maas, kurwa, nie wybaczę.

Serio, drogie panie, oświećcie mnie, bo może to ja jestem aż taka głupia, tak bardzo się nie znam, tak bardzo w dupie byłam i gówno widziałam: jak historia zerżnięta z kilku popularnych franczyz jakimi są Gra o Tron, Wiedźmin czy 50 Twarzy Szarego reprezentuje ten sam poziom co Dwory Maas? Jak?!

Może po prostu jedna recenzentka stwierdziła, że przypomina jej to Maas (somehow), druga stwierdziła, że to spoko porównanie, fajnie brzmi, albo coś w ten deseń, a jeszcze jej widzowie na pewno nie oglądają kanału tamtej i vice versa, więc nikt nie zauważy, że w dwóch różnych filmikach jest jeden i ten sam argument, na dodatek tak samo sformułowany. Albo to był jakiś zbiorowy prank: Powiedzmy, że ta książka jest podobna do Dworów, zobaczymy ilu w to uwierzy.

Kurwa, po co ja się w ogóle oszukuję.

Więc dobrze Wam radzę. Nie ruszajcie tego, chyba że jesteście masochistami. Albo mi nie wierzycie, ale potem nie mówcie, że nie ostrzegałam.


Cytaty pochodzą z książki Klątwa Przeznaczenia napisanej przez Monikę Magoską-Suchar i Sylwię Dubielecką.

*to jest autentyczny cytat z recenzji na kanale Jestem na Tak.


P.S. Wszystkim pisarzom (tworzącym i fanfiki i oryginalny kontent) naprawdę polecam Terrible Writing Advice. Bawi i uczy.

By the way, myślicie, że Magoska-Suchar i Dubielecka się obrażą i mnie zbanują jak im to wyślę?

Mary Sue

Na pewno każdy wyjadacz twórczości fanowskiej jest w stanie powiedzieć kto to jest Mary Sue.

Postać o nieziemskiej urodzie (i niekiedy seksapilu), niesamowitych zdolnościach, nieprzeciętnej inteligencji, zdolna rozkochać w sobie każdą kanoniczną (i nie tylko) postać, zazwyczaj sierota z koszmarnym dzieciństwem. I bardzo często self insert autorki.

Ktoś kiedyś stwierdził, że ten opis w dużej mierze pasuje też do Batmana.

I do Luke’a Skywalkera.

I jego tatusia też.

Moim zdaniem pasuje także do Supermana i mojego aktualnego ulubieńca, Jafara z Once Upon a Time in Wonderland.

Harry Potter i Frodo też w pewnym stopniu spełniają te kryteria.

Mimo to wielu z was powie „Kłamstwo! Mary Sue była kobietą!”.

I faktycznie, praktycznie wszystkie postacie posiadające wymienione przeze mnie cechy i określone mianem Mary Sue to postaci żeńskie.

Ma to swoje, całkiem proste, wytłumaczenie: większość twórców fanfiction to dziewczyny, a fandomy to prawie że jeden wielki girls band! A ponieważ prawie wszystkie główne postacie (lub warte wzmianki) jakie wyprodukowała popkultura to faceci, wszystkie hetero fanki zakochują się właśnie w nich. Chciałyby ich spotkać, móc z nimi porozmawiać, może sprawić by oni także się w nich „zakochali”. Dlatego tworzą postacie określane mianem self insert lub Self-OC, czyli ich awatara w wybranym świecie fantastycznym. Ale taki Wybraniec, Aragorn, Harry Potter, czy Batman nie zwróci uwagi na byle kogo, czyż nie? Dlatego awatary piszących dziewcząt są piękne, mądre, odważne i obdarzone niezwykłymi umiejętnościami, mają się wyróżniać spośród grona wielu innych. Czasami też są mocno przeładowane tymi mocami, ale wiecie co wam powiem? Jak próbuję wykreować postać z supermocami to wybór tych nadnaturalnych umiejętności jest najgorszą częścią procesu twórczego. Tego jest zwyczajnie za dużo! I dlatego nam, twórczyniom fanfików zdarza się trochę przedobrzyć.

Dlatego jeśli znajdę fanfiction z postacią, która jest odrobinę przeładowana tymi mocami i talentami (przynajmniej dla mnie) myślę sobie „Drzazgę w cudzym oku widzisz, ale belki we własnym już nie?”, bo sama kilka takich postaci wyprodukowałam.

Wniosek: ludzie nie mają problemu z facetem pasującym do tego opisu, bo to Wybraniec. Kobieta pasująca do tego opisu to Mary Sue, czyli coś czego autor powinien się wstydzić.

Po latach siedzenia w różnych fandomach i obejrzeniu kilku własnych starych prac przestałam się z śmiać z takich opowiadań. Miało się te naście lat i różne głupie pomysły. W sumie, ja nadal mam głupie i dziwne pomysły. Za parę lat te dziewczyny wyrosną i będą się z tego śmiać. A że słabo napisane? Nikt kto pierwszy raz wsiadł na rower nie umiał od razu na nim jeździć. To trzeba ćwiczyć, jak każdą umiejętność. Możesz mieć świetny słuch muzyczny i wyczucie rytmu, ale bez ćwiczeń nie zagrasz bezbłędnie na gitarze, gdy pierwszy raz weźmiesz ją do ręki.

Więc klasyczna Mary Sue z dodatkiem self insertu mnie nie drażni. Mnie drażni, a wręcz wkurza zupełnie inny typ Mary Sue, który niestety rozprzestrzenia się jak plaga. Ten typ posiada następujące cechy (a to wszystko czasem zmieszane z klasyczną Mary Sue):

– nienawidzi mężczyzn i kobiet. Zwłaszcza kobiet, które traktowane są tylko i wyłącznie jako dziwki, suki i potencjalne zagrożenie w zdobyciu mężczyzny. Kurwa, ani mężczyzn, ani kobiet się nie zdobywa, to ludzie, nie trofea! P.S. nie przeczę, sama napisałam parę takich scenariuszy, gdzie była walka o faceta, ale wtedy byłam w gimbazie i jeszcze międzynarodowa faza na High School Musical nie minęła.

– wszystkie nieszczęścia nie są ważne i takie dramatyczne dopóki nie przytrafią się tej Mary Sue (moim ulubionym przykładem są gwałty u Michalak: jeśli zgwałcona została postać inna niż główna herołina jest to nieważne lub jej się należało, bo to zła kobieta była*).

– jest opisywana jako delikatna, skromna, nieśmiała i inteligentna dziewczyna, która jest moralnie lepsza od swoich prześladowców. Ale z analizy jej zachowania i wypowiedzi wychodzi, że gówno prawda, bo często reprezentuje ten sam poziom co „ci źli”, jeśli nie jeszcze gorszy. A to że ktoś czyta książki nie czyni go lepszym od innych. Lubisz czytać? Fajnie, spoko. Czytaj dalej, jeśli ci to sprawia frajdę, ale nie zachowuj się jak nie wiadomo kto. Książki nie są jedynym nośnikiem inteligentnych treści, wierz mi, mówi ci to studentka filmoznawstwa, która lubi czytać.

– jeśli jej wybranek jest skończonym chujem, który ją kontroluje, bije, gwałci i/lub zdradza, ona uważa to za romantyczne, bo „łobuz kocha bardziej” i na pewno miał ciężkie dzieciństwo. To jest tak złe, na tak wielu poziomach… Owszem, wiele moich ulubionych postaci to „ci źli”, ale kiedy o nich piszę to nie robię z nich romantycznych stalkerów i kochających bardziej damskich bokserów. Jeśli out of character i modyfikacje charakteru to raczej w tę pozytywną stronę.

– uczestniczy w przynajmniej trójkącie miłosnym. Trójkąty nie są romantyczne, to skomplikowana i nieprzyjemna sytuacja, która zwykle łączy się z skrzywdzeniem kogoś (czasem całej trójki). Istnieje coś takiego jak otwarte mariaże i związki poliromantyczne. I to działa. Pod warunkiem, że wszystkie strony są wobec siebie szczere i szanują się nawzajem. Dlaczego w fandomach tak mało osób próbuje pisać o związkach poliromantycznych? Ja natrafiłam tylko na kilka i wszystkie były dla osób 18+ (zawierały sceny erotyczne). EDIT: Poprawka, w fandomie Rogue One i nowej Trylogii Star Wars jest całe mnóstwo fanfików z shippami poliromantycznymi. I nie wszystkie z scenami seksu.

– nierealne wyobrażenia o seksie. Okej, nie zamierzam zgrywać eksperta od takich scen, bo ilekroć próbuję coś takiego napisać to wychodzi mi zwykły debilizm, z którego śmieję się przez łzy. I wiem, że w młodym wieku wizja seksu może się mieć nijak do rzeczywistości. Ale jak natrafiam na pierdyliardowy już z kolei fanfic, w którym sceny erotyczne wyglądają jak żywcem zerżnięte z pornola to się zastanawiam co z tym światem jest nie tak. Czy naprawdę w naszej rzeczywistości jedynym źródłem informacji o erotyce dla nastolatków jest porno i to najbardziej ordynarnego gatunku?! W XXI wieku?!! Gdzie są ich rodzice? Gdzie są, kurwa, nauczyciele? Starsze rodzeństwo?! KTOKOLWIEK?! Już nawet przemilczę kwestię odgłosów (różni są ludzie), ale… noż do cholery ciężkiej!

Oczywiście, współczesna Mary Sue ma o wiele więcej wad, które doprowadzają mnie do szału. Wymieniłam te najbardziej notoryczne.

Jeśli zamierzacie się czepiać, że też uwzięłam się na dziewczyny to wiedzcie, że jeszcze nie zetknęłam się w fandomach z postacią męską, która by się tak zachowywała. Jeśli ktoś znalazł, to poproszę o link. Chętnie poczytam.

————-

*Tak na dobrą sprawę, niemalże każda pozytywna (no, powiedzmy) postać u Michalak to klasyczna Mary Sue skrzyżowana z współczesną. A Znak to wydaje. Groza.

Przemyślenia prywatne- Jafar

Jako, że na ekranach kin pojawiła się aktorska wersja disneyowskiego Aladyna, postanowiłam odkurzyć jeden mój tekst. Filmu Guya Ritchie prędko nie obejrzę (na Słowacji filmy bez ograniczeń wiekowych nie są dostępne z napisami), więc na razie odgrzewam stare kotlety.

UWAGA, zawiera spoilery do filmów i seriali. Nie wszystkie media opisane w poniższej pracy pisemnej są dostępne w Polsce i polskiej wersji językowej.


Ręka w górę kto pamięta tego pana.

Źródło: https://imgix.ranker.com/user_node_img/63/1256344/original/jafar-photo-u12?w=650&q=50&fm=pjpg&fit=crop&crop=faces

Okej, więc dla tych co nie pamiętają, to Jafar- główny antagonista filmu Disneya z 1992 roku pt. Aladyn i jeden z najbardziej znanych złoczyńców stworzonych przez tę wytwórnię.

Fabuła filmu jest prosta jak przysłowiowa budowa cepa: Jafar jest wielkim wezyrem na dworze dobrego Sułtana i spiskuje jak zrzucić chlebodawcę z tronu, by samemu zostać władcą (parafrazując, chce być sułtanem na miejsce sułtana). By osiągnąć ten i inne, ukryte cele, poszukuje lampy Dżina ukrytej w Jaskini Cudów. Jest jeden problem; do rzeczonej jaskini wejść może tylko wybraniec, „nieoszlifowany diament” („Diamond in a rough”). Więc Jafar znajduje wybrańca, którym jest tytułowy Aladyn, szlachetny sierota-złodziej, ale coś idzie nie tak i w efekcie lampa wymyka się Jafarowi z rąk. Dzięki mocy Dżina Aladyn staje się księciem (kraju, o którym nikt nie słyszał, ale kogo to obchodzi) i zaczyna ubiegać się o rękę księżniczki Jaśminy, którą poznał wcześniej. W międzyczasie Jafar dopada lampę z dżinem i przejmuje władzę w królestwie. Oczywiście Aladyn go pokonuje, zamykając w lampie (zamienia Jafara w dżina) i zdobywa księżniczkę. I uwalnia Dżina (mimo że wcześniej nie chciał). Hura, wszyscy szczęśliwi! (oprócz wezyra i jego ptasiego asystenta, którzy tkwią w zdecydowanie za ciasnej na nich dwóch przestrzeni życiowej).

Fajna historia, serio. Kiedy jesteś małym dzieckiem i nie masz zielonego pojęcia jak działa polityka. Nie mówię, że film jest zły. Jest świetny, nawet teraz, gdy mam 20 lat, uważam go za jedną z lepszych animacji jakie oglądałam w dzieciństwie, ale pewne rzeczy postrzegam w zupełnie inny sposób niż wtedy gdy byłam mała. Nie mówię, że Jafar jest dobry, ale teraz nie postrzegam go jako postaci całkowicie złej.

Przyjrzyjmy się światu przedstawionemu. Pomijam te fragmenty, które powielają szkodliwe stereotypy na temat krajów arabskich oraz muzułmanów. Mamy powiedzmy-że arabskie państwo o nieokreślonej powierzchni rządzone przez monarchię, w której władzę dziedziczy się raczej po mieczu (czyli po linii męskiej). W filmie widzimy względny spokój, nie ma wojen, ani zatargów z sąsiadami (pozornie; podejrzewam, że książęta i dyplomaci pokąsani przez tygrysa Jaśminy w końcu zaczęli żądać satysfakcji). Ale jest dość duży problem z sierotami i bezdomnymi. Prawdę powiedziawszy można odnieść wrażenie, że osierocone dzieci i żebracy to zdecydowana większość mieszkańców Agrabahu. Dlaczego?

Może była jakaś epidemia, albo wojna, ja osobiście dostrzegam w tym małe podobieństwo do sytuacji gospodarczej Anglii za rządów Jana bez Ziemi (bardziej znanego jako Książę Jan z Robin Hooda), który otrzymał w spadku po bracie, Ryszardzie Lwie Serce kraj obciążony długami zaciągniętymi przez Ryszarda, by móc wyruszyć na wyprawę krzyżową. W każdym razie, źle się dzieje w państwie.

Ale na pewno nie w pałacu. Cholera, oni tam mają fontanny! Ozdobne fontanny w ogrodzie, w kraju na środku pustyni! Macie pojęcie jak cenna jest woda na pustyni?! To wszystko kosztuje! Że o utrzymaniu tygrysa (zwierzęcia, które w tej strefie klimatycznej nie występuje) i służby, która zajmie się salami tych rozmiarów nie wspomnę. Mówiąc krótko, całość przypomina opowiadanie „Maska Czerwonego Moru”, ale w mniej drastycznej wersji. Mieszkańcy pałacu żyją w błogim spokoju za murami, odseparowani od problemów mieszkańców miasta, którzy są zdani na siebie.

No chyba, że jesteś wielkim wezyrem, który w tym przypadku jest kimś w rodzaju premiera i drugą najważniejszą osobą w państwie. Która w praktyce ma na barkach całe królestwo i musi wiedzieć co się dzieje za murami pałacu i jakoś nad tym całym bałaganem zapanować, bo Sułtan nic nie robi i nawet nie nadaje się na władcę. Jak rozumiem, w zamierzeniu twórców postać Sułtana miała wzbudzać sympatię, kojarzyć się z takim miłym, dobrotliwym dziadziusiem i dobrym władcą. Ale w realnym świecie to by nie przeszło.

Jak skończyłam osiemnaście lat, dość ostro wzięłam się za nadrabianie braków w wiedzy politycznej (jako, że wcześniej uważałam brak prawa do głosowania za zwolnienie mnie z interesowania się polityką, którą uważałam za zwyczajnie nudną). I przedzierając się przez gąszcz artykułów o mniej lub bardziej aktualnej polityce (okej, przyznaję się, a także przez „Grę o Tron” i filmy o Kapitanie Ameryce), która wiązała się z całym mnóstwem innych rzeczy zrozumiałam, że bycie liderem czasem oznacza robienie rzeczy, które trzeba zrobić. Nawet jeśli dużej ilości ludzi to się nie spodoba. Trzeba czasem dokręcić śrubę, by podnieść gospodarkę lub stworzyć warunki do opieki nad obywatelami, którzy sami sobie nie dają rady. Wysłać wojsko, całe mnóstwo ludzi (często dość młodych), by wspomóc sojuszników. I tak dalej. Czyli żeby być dobrym liderem, trzeba mieć kręgosłup moralny, ale także umieć zadbać o całe mnóstwo małych i dużych rzeczy, które czasem wymagają zgniłych kompromisów także z samym sobą.

Czyli człowiek taki jak Sułtan, taki dobrotliwy dziadzio, albo nie ma prawa istnieć w świecie polityki, albo szykuje się na wybory. Ta druga opcja jest raczej niemożliwa w kraju monarchii prawdopodobnie absolutnej. Czyli, z racji bezczynności Sułtana, osobą, która sprawuje faktyczną władzę jest Jafar, na którego spada odpowiedzialność za bezpieczeństwo granic, stan gospodarki i projekt potencjalnych reform na rzecz poprawy życia mieszkańców. Dodajcie do tego próby zażegnania kryzysu na linii międzynarodowej, wywołanego przez księżniczkę, która pozwala swojemu tygrysowi atakować wszystkich kandydatów do jej ręki lub dyplomatów, którzy mają ich reprezentować. I znalezienie nowych chętnych, w nadziei, że uda się zaaranżować mariaż, który wzmocni oba państwa i nadchodzące wielkimi krokami załamanie nerwowe mamy gotowe.

Teoretycznie to dobrze, że Jaśmina próbuje walczyć o swoje prawa, ale odnoszę wrażenie, że cały efekt psuje fakt, że pozostaje rozpuszczonym bachorem. Gdyby chciała takich zmian dla wszystkich kobiet w swoim kraju i próbowała przekonać ojca i Jafara by dopuścili ją do części królewskich obowiązków, byłaby bardziej przekonująca. A tak siedzi w tej swojej złotej komnacie, miącha tygrysa, nuci, czesze włosy i uważa, że jest jedyną, która jest uciemiężona. Czy ona naprawdę wierzy, że kobiety z niższych warstw społecznych, żyjące poza pałacem mają lepsze życie niż ona? Raczej wątpię, biorąc pod uwagę, że przez wiele lat małżeństwo w każdej warstwie społecznej było swego rodzaju umową handlową między dwiema rodzinami, która miała zapewnić przyszłość obydwóm stronom, a już kobieta miała w tej kwestii najmniej do powiedzenia (mówię tak generalnie, wiem, że istniały kraje i epoki kiedy kobiety miały większą swobodę w tej kwestii). Tym większa spada na nią odpowiedzialność, jako jedynej spadkobierczyni Sułtana, którą ona po prostu odrzuca. Gdyby miała rodzeństwo nie byłoby aż tak źle, można by pokombinować z prawem, a tak nic z tego.

Lampa mogłaby rozwiązać wiele problemów Agrabahu, wystarczyłoby odpowiednio dobrać życzenia. Tylko, że na scenę wkroczył Aladyn, który użył jej dla własnych korzyści. Gdy chłopak przybył do Agrabahu, by rozpocząć zaloty, Jafar wyczuł, że coś jest nie tak. Obcy książę, o którym nikt nigdy nie słyszał, z kraju, którego nie ma (podejrzewam, że Jafar, jako przedstawiciel królestwa musiał dość często podróżować, a co za tym idzie znać geografię, sytuację polityczną oraz aktualnie panujące dynastie wielu krajów wokół Agrabahu) i posiadający bogactwa z nieznanego źródła jest podejrzany. Mówiąc krótko oszust, który, posadzony na tronie, może zrujnować kraj. Więc Jafar postanawia się pozbyć przebierańca w dość drastyczny sposób (topiąc go), a następnie próbuje zaaranżować małżeństwo między sobą a Jaśminą, by zapewnić jako taką harmonię w kraju. Oczywiście Dżin ratuje Aladyna, który oskarża Jafara o próbę morderstwa i odkrywa, że Jafar co jakiś czas hipnotyzuje Sułtana, by zmusić go do działania. Były już wezyr musi salwować się ucieczką i obmyślić nowy plan, tym razem z pomocą magicznej lampy którą ukradł Jago, jego ptasi pomocnik.

Tu, w jego plany i motywacje, mogły się wkraść emocje i chęć zemsty za wszystkie upokorzenia jakich doświadczył, bo z Dżinem na swoje rozkazy Jafar zaczyna działać nieco impulsywnie i agresywnie (jak to mówią, władza absolutna korumpuje absolutnie). Do tego stopnia, że daje się podejść Aladynowi i zostaje zamieniony w dżina, czyli… niewolnika kaprysów obcych ludzi na całą wieczność, co jest wyjątkowo okrutną karą, gorszą od śmierci.

The point is… Jafar dopuścił się rzeczy złych, owszem, nie mogę zaprzeczyć. Ale trzeba też wziąć pod uwagę, że był politykiem i prawą ręką sułtana, który nie robił nic dla swojego kraju. Mógł dopuścić się tego wszystkiego działając w dobrej wierze, myśląc, że robi to dla dobra królestwa, któremu służył. To czyni go anty-bohaterem, uwikłanym w trudne decyzje moralne, który może mieć również swego rodzaju problemy z zdrowiem psychicznym (jak się tak zastanowić większość realnych władców jakich zna nasza historia to niebezpieczni psychopaci, więc wierzcie mi, Jafar nie jest absolutnie najgorszą osobą, która mogłaby zasiąść na tronie). Czyli, wbrew pozorom Jafar może być lepszym człowiekiem, niż został przedstawiony. Poza tym w pierwszym filmie, cała historia jest opowieścią ulicznego kupca, który chce nam wcisnąć lampę, twierdząc, że to TA lampa, w której mieszkał Dżin Aladyna. A czyż historia biednego sieroty (i notorycznego kłamcy, by the way, ale to nieistotny szczegół), który uratował królestwo i poślubił księżniczkę nie jest bardziej wzruszająca niż historia człowieka, który próbował je ratować uciekając się do niezbyt czystych zagrywek? Czyż lampa z taką historią nie jest warta nabycia? Zresztą… historię piszą zwycięzcy, czyż nie?

Okej, tyle jeśli chodzi o film. Teraz przejdźmy do trochę mniej znanej (przynajmniej w naszym kraju) wersji postaci wielkiego wezyra.

Źródło: https://i0.wp.com/jakes-take.com/wp-content/uploads/2013/10/Jafarow.png

Tak, to Jafar. Tak, ten przystojniak wśród paproci i przerośniętych grzybów. Nie, nie ma nikogo na dalszych planach. Ta wersja (grana przez Naveena Adrewsa, znanego także jako Sayid Jarrah z „Lost: Zagubionych”) pochodzi z serialu „Once upon a time In Wonderland”, będącego spin-offem serii „Once upon a time”, i jest trochę bardziej złożona niż filmowy pierwowzór, a nawet łatwiej się z nim identyfikować i mu współczuć.

Fabuła i oś czasu w OUaT jest poplątana i sama dość często się w tym gubię, ale wiem, że tu Jafar był nieślubnym synem sułtana (nie wiadomo jednak czy to ten sam co w Aladynie, co czyniłoby Jafara krewnym Jaśminy, czy po ojcu Jafara władzę przejął jakiś inny ród), o czym dowiedział się od leżącej na łożu śmierci matki. Gdy udało mu się dostać do pałacu, jego biologiczny ojciec raczej nie ucieszył się na jego widok (bękart nie był mu do niczego potrzebny, skoro miał już legalnego syna), ale zatrzymał małego Jafara u siebie jako służącego (co jest dość sprytnym chwytem politycznym, gdyby jego legalny dziedzic np. zmarł. Wtedy można by wyciągnąć Jafara jak królika z kapelusza i ogłosić prawowitym następcą tronu, a władza pozostała by w rękach tej samej dynastii). Jednak szybko zmienił zdanie i spróbował utopić swoje nieślubne dziecko wpychając mu głowę do misy z wodą. Jafar tylko stracił przytomność i ocknął się na śmietnisku, gdzie został wyrzucony jako domniemany trup.

Do pałacu już nie próbował wrócić, za to został pomocnikiem kowala, gdzie też nie zagrzał na długo miejsca, ponieważ spotkał Amarę, potężną, nieśmiertelną czarodziejkę, której wszyscy się bali. Pałając chęcią zemsty na swoim ojcu Jafar poprosił kobietę by nauczyła go tajników magii. Potem przez pewien czas działali razem, poszukując trzech legendarnych dżinów, chcąc zmienić prawa magii (nie można magią ożywiać zmarłych, sprawić by ktoś się w kimś zakochał itd.). Amara nauczyła Jafara torturować i mordować ludzi by osiągnąć zamierzony cel (np. zabiła jego przyjaciela, bo potrzebowali ludzkiej wątroby do zaklęcia). Gdy młody mag dorósł, uczyniła go swoim kochankiem (sic!), co on wykorzystał podstępem odbierając jej moc i zmieniając ją w swoją słynną wężową laskę (tak, dobrze przeczytaliście, w tym serialu ta laska z kobrą to przemieniony człowiek). Potem, poszukując dżinów, już na własną rękę, trafił do Krainy Czarów i zawiązał sojusz z Czerwoną Królową, Anastazją.

Tu więcej wam nie powiem, bo już i tak dałam całe mnóstwo spoilerów. W każdym razie, chyba wszyscy dostrzegamy, że Jafar jest tu dość tragiczną postacią. Zdradzony i prawie zabity przez osobę, która powinna go kochać, potem trafia do kobiety, która uczy go krzywdzić innych dla „dobra” jej sprawy. Jest wściekły i zgorzkniały i ma do tego prawo.

Można jednak dostrzec, że Jafar marzy o miłości, chce mieć do niej dostęp. Bez wątpienia kochał swoją zmarłą matkę i miał nadzieję, że ojciec także go pokocha (a przynajmniej spróbuje), ale się rozczarował i go znienawidził (choć potem zarzekał się, że umarłby w jego obronie). Amary, co prawda, nie kochał, ale za to darzył swego rodzaju uczuciem Anastazję. Było ono w pewnym sensie wypaczone, biorąc pod uwagę, że użył jej najgorszych lęków, by dopaść jej dżina, a potem magią zmusił ją do posłuszeństwa i zakochania się w nim, ale patrząc na jego interakcje z Czerwoną Królową i porównując je z interakcjami Anastazji i jej „prawdziwą miłością” Willem, uczucie Jafara do Any wydaje się bardziej prawdopodobne, bardziej autentyczne.

Podobnie jak pierwowzór z 1992 roku i ten Jafar kończy jako niewolnik lampy (czy też, w tej wersji, butelki) i zostaje teleportowany do nieznanej lokalizacji, by czekać na swojego pierwszego pana. Osobiście uważam, że ten spin-off dałoby się ładnie pociągnąć z odpowiednimi umiejętnościami scenariopisarskimi. Które w pewnym momencie zniknęły z franczyzy „OUaT”, bo po którymś sezonie to zrobiło się trochę nudne (i zabrnęło zbyt blisko opery mydlanej jak na mój gust, bo w chwili obecnej wszyscy są spokrewnieni ze wszystkimi).

Jakby tu całość ładnie skończyć…? Chyba tym, że każda historia ma jakieś drugie dno i dwie wersje, a prawda leży gdzieś pośrodku. I że bohaterowie nie zawsze mają rację i nie zawsze są bohaterami. To wszystko zależy od punktu widzenia. No i nikt tak naprawdę nie rodzi się potworem, tylko się nim staje.
Cholera, zawsze byłam koszmarna w pisaniu zakończeń.

LGBTIA+ w polskim kinie popularnym

Notka krótka, bo i dużo nie da się powiedzieć.

Mam nadzieję, że polscy filmowcy prędko nie odkryją innych orientacji seksualnych, bo się załamię. Rozpropagują stereotyp biseksualnych dziwek (męskich i żeńskich), panseksualnych ocierających się o drzewa, aseksualnych i demiseksualnych uleczonych siłą miłości od pierwszego wejrzenia. O osobach niebinarnych (nie identyfikujących się ani z płcią żeńską, ani płcią męską), genderfluid i trans nawet nie wspomnę (odsyłam do recenzji Masochisty filmu „Zamiana”. Niezły kwas).

Polskie kino działa poprzez stereotypy istniejące w społecznej świadomości i klisze znane z zagranicznych filmów. Szkoda, że nie tych co trzeba.

Geje są obśmiewani poprzez nadanie im takich „niemęskich” cech jak dbanie o wygląd, czy przemycanie do stroju elementów zaprojektowanych dla kobiet (Panie Mecwaldowski, za tę rolę w „Wojnie Żeńsko-Męskiej” powinnam Pana kopnąć, cholera). Lesbijki są traktowane jak tania podnieta (Inaczej nie umiem traktować filmu „Idealny facet dla mojej dziewczyny”). Dodajcie do tego fakt, że te postacie potem są traktowane jako postacie tokenowe. „Dyskryminacja z powodu orientacji seksualnej? Co wy mówicie, przecież przyjaciel głównej bohaterki/głównego bohatera jest homoseksualny!”

Jeszcze motyw, który zauważyłam przez przypadek. Niektórzy filmowcy traktują pocałunek między dwoma kobietami jak symbol upadku moralnego kobiety („Galerianki”, „Big Love”). Boli, kuźwa, boli. A potem ci sami filmowcy mają czelność twierdzą, że są tacy demokratyczni, tolerancyjni.

Ja nie mówię, że mamy teraz kręcić tylko i wyłącznie filmy o osobach nie-hetero. Ale do diabła, zróbcie film, który traktuje widownie i bohaterów z szacunkiem. Stwórzcie scenę, w której gej, lesbijka, biseks, panseks, as, demi są traktowani jak ludzie, a nie tania podnieta i kiepski dowcip.

Żeby uzmysłowić Wam, jak bardzo polscy filmowcy zjebali (i nie mówię tylko o tym, że zawód scenarzysty u nas praktycznie nie istnieje) pokazuję Wam scenę z „Czterech Wesel i Pogrzebu”. Filmu z początku lat 90-tych. A my nadal jesteśmy na etapie dowcipów o chłopie przebranym za babę.

Brawo my!

„Gra o Ferrin” Katarzyna Michalak

A co będę kłamać. Za tę książkę wzięłam się z pełną premedytacją, wiedząc co mnie czeka i czego się spodziewać. Wzięłam się za nią z czystej małpiej złośliwości. Bo tak.

No i przyświecała mi podobna zasada jak wtedy, gdy położyłam łapska na „Atlantydzie. Dziecku Gwiazd”- dowiedzieć się jak autorka to zrobiła.
Ale po kolei. 

Główna bohaterka to Karolina alias Anaela dell coś. Ma 23 lata i już jest wykwalifikowanym anestezjologiem (a przynajmniej ma 23 lata w tym wydaniu, które czytałam. W późniejszych ponoć to zmienili). Typowa „drimerka” jaką można spotkać w twórczości Michalak. Mając dość tego okropnego świata, w którym nikt jej nie rozumie, używa magii by przenieść się do innego wymiaru, pełnego magii, przystojnych bishów i krasnoludów z tęczowymi brodami. Osobiście lubię motyw podróży między wymiarami i przystojnych bishów, ale…

Fabuła składa się głównie z scenek, w których bohaterka zostaje porwana, złapana, przewieziona z punktu A do punktu B, jest w niewoli, robi awanturę, wychodzi, lub znów zostaje porwana. Albo łapie za męskość. Borze, aż mi się przypomniały czasy podstawówki/gimnazjum kiedy pisałam fanfik o piratach, gdzie główny bohater też co chwila był porywany. I to wszystko.

No, w tle jest jeszcze jakaś wielka miłość, ale w tak zwanym międzyczasie totalnie się pogubiłam w tych chodzących męskościach i ostatecznie nie wiem kto z kim. Chyba nawet nie chcę wiedzieć.

Jest jeszcze khem, khem to zakończenie. Z psychiatrykiem. Czy pani Michalak ma jakąś manię na tym punkcie? Ja wiem, że w Polsce służba zdrowia leży i kwiczy, ale bez przesady.

Ale w sumie nawet przestałam się dziwić dlaczego polska literatura fantasy wygląda tak a nie inaczej. Wszyscy chcą zrzynać z Tolkiena i Sapkowskiego. A wydawcy biorą byle co, by zarobić.